sobota, 24 stycznia 2015

III - Niemiłość

Para: Leonetta 
Uwagi: Pisane dość dawno, więc może absolutnie nie mieć sensu. (Nie ma go, ale cii) 
Gatunek: Dramat, Tragedia 
Inne gwiazdy: Diego, Maxi





Kłamstwa pierwsze:
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie bardziej, kochanie.

- Będę z Tobą na zawsze.
- Będę z Tobą o jeden dzień dłużej.

- Jesteś moim słońcem.
- Jesteś moim światem.

- Kochasz mnie?
- Najmocniej na świecie.

- Wiesz, że nikogo nie kochałem bardziej niż Ciebie?
- Niemożliwe, żebyś kochał mnie bardziej niż ja Ciebie.

- Miłość. Mamy prawdziwą miłość, wiesz?
- Najprawdziwszą.

Uśmiech. P r a w d z i w y?


Z każdym wspólnym oddechem, dniem; z każdą sekundą, promieniem słońca; przez wszystkie noce, kiedy bezkarnie mógł dotykać jej nagiego ciała; z każdą chwilą błogiej ciszy, słodkich pocałunków; we wszystkich słowach, we wszystkich uczynkach; kochał ją coraz bardziej, coraz mocniej. Mógłby się udławić tą m i ł o ś c i ą.
Życie mieli jak z bajki. Takiej prawdziwej, z końmi (zabrał ją w takim tandetnym powoziku na bal), sukienkami (nic innego w szafie nie miała), pocałunkami w deszczu (to nie z tych Disneyowskich, ale ile Kopicuszków całowało się z wybrankiem  w deszczu - podobno świetnie zmywa popiół) i marzeniami (och, zamieszkajmy w zamku)
Poznali się w szkole, jak to zwykle bywa - on oblał ją sokiem na szkolnej stołówce (jabłkowym, nienawidził pomarańczowego). On przeprosił, ona zaczęła drzeć się wniebogłosy - była jedną z tych dziewczyn, które w szafce zostawiają sobie ciuchy awaryjne na następne pół roku, więc teoretycznie problem nie istniał. W praktyce nie mogła przebrać białej bluzki i założyć na to różowy sweterek. Spódniczka z lekkiego jak piórka materiału była w kolorze ostrej pomarańczy. Wyglądałaby jakby ubierała się po ciemku w nocy z zawiązanymi oczami.
- Przepraszam! - Mówił i powtarzał i nadal i w kółko.
- Kretyn. Pacan. Debil. Idiota. Nauczyli cię chodzić?!
Potem spojrzała w górę, napotykając dwa diamenciki, dokładnie w miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy. I rzeczywiście. Choć na początku zupełnie inaczej chciała je scharakteryzować. Dwa szlachetne kamienie, osadzone w idealnych proporcjach w perfekcyjnej twarzy, z lekkim zarostem. Idealnie błyszczące dwa zakopane skarby do odkrycia.
Równie łatwo się zakochiwała, co złościła i to zupełnie na początku wydawało mu się uroczę. Prawie tak bardzo jak jej śmiech i smak morelowych ust.
- Przecież przeprosiłem - oznajmił oschle, kiedy zdał sobie sprawę, że trafił na ten typ dziewczyn. - Nie wyczaruje zniknięcia plamy i nie cofnę czasu, żeby wpaść na kogoś innego. Przykro mi, ale nie uczę się u wiedźm. - Sugestywnie spojrzał na jej ładną twarz. Ładną, ale pustą. Musiała załapać iluzje, bo na koniuszki uszy wtarł się nieproszony rumieniec. Powoli, tempem najedzonego żółwia, spływał na jej policzki.
Okazało się, że można nienawidzić kogoś w trzydzieści sekund.

Kłamstwa najgorsze:

- Wciąż Cię kocham.
- Ty dla mnie nic już nie znaczysz.

Znaczył cokolwiek, kiedykolwiek?
Pokochała go, zbyt późno, zbyt mocno, zbyt niespodziewanie. Koniec nadszedł, niezaproszony przez nikogo, jednak tak bardzo upragniony przez Leona. Czekał na moment - może tylko kilka sekund? - kiedy w końcu rozróżni słowa, które wypowiada i o których myśli. Nie było to trudne po tylu zmarnowanych na przyglądaniu jej się latach, ale też nie tak proste jak zabranie dziecku lizaka. 
Zero oznak zdenerwowania.
Nawet zimny pot nie odważył się wypłynąć na jego zmarszczone czoło. Usta trzymał mocno. Zacisnął je w obawie przed drżeniem dolnej wargi. Oczy zaszły ledwie widoczną mgłą, jakby powstrzymywał łzy. Ciężko jest słuchać kłamstw, nawet jeżeli zna się prawda. Jeżeli to jednak  prawda jest gorsza, wtedy "nigdy" i "zawsze" nadal są bezwartościowymi zbiorami przypadkowych liter.
Wiedział w co wierzyć, ale to nie oznaczało, że świat znów zacznie śpiewać melodiami natury. Wiara w siebie jest ciężką próbą. Z rodzaju tych, które po przegranej bolą n a j b a r d z i e j. Wręcz śmiertelnie.
Jeden, dwa - szybkie ciosy w serce i po sprawie. Violetta trzymała sztylet.
S u k a.  

- Jak możesz mi to robić?
- Nigdy Cię nie kochałam.
Albo kochała zbyt mocno.

Leon urodził się, żeby osiągnąć sukces. To był ten typ, który wszystko wywalczył uśmiech z mieszanką upartego ducha. Kłody same rozsuwały mu się spod nóg. Droga była prosta i łatwa do przebycia. Plecak z zadaniami do wykonania lekki i zapełniony głównie czekoladą - największą osłodzą życia, nieważne co mówią o miłości. Miał plany, które wygrywały z nierealnymi marzeniami.
I pieniądze ojca, dzięki którym życie było jeszcze prostsze.
Potem pojawiła się ona i nagle nawet odbicie w lustrze wyglądało na zniekształcone. Rozpoczął intensywny myślenie o przyszłości i przeszłości, raczej zostawiając ją w tyle, bo nie da się zmienić słów. Nigdy. Nie znikną. Można tylko zmienić ich wartość. Perfekcjonistką w tej dziedzinie jest o n a. Ale o wartości kłamstw przyda się inna lekcja. Zupełnie obiektywna, bo śmierć w tle źle wygląda na wykładach, prawda?
- Uspokój się Leon. To koniec.
Koniec. O tak. Koniec.
- Maxi, proszę cię, nie zaczynaj.
- Violetta to...
- Tylko nie mów suka albo dziwka. Nadużywam tego słowa w stosunku do niej, a najlepszy jest fakt, że ona na to nie zasługuje.
- Nie, to ty nie zasługujesz na to, żeby tak się czuć.
- Oczywiście, że nie.

Miłość nie jest dla wszystkich.
To był jedyny wniosek, kiedy ich wspaniałe małżeństwo (Według wszystkich innych nazywane po prostu "kompromisem". Dziadkowie z czterdziestoletnim stażem i osobnymi sypialniami nie mogą się mylić.) rozpadło się szybciej niż kwas azotowy. Chemiczne żarty nigdy nie cichły, zwłaszcza, że ona jej nie znosiła, a on teoretycznie miał ją studiować. Przeciwieństwa się przyciągaj. Oczywiście. Jak rzep i psie ogony.
Na opak  do odpowiedzialności, wina leżała tylko po jednej stronie łóżka. W tym wypadku lewej, bo była bliżej okna, a ona uwielbiała, kiedy nocą było otwarte.
Im pewniejszy był jej zdrady tym częściej ją denerwował, wręcz poniżał. Zasługiwała na to bardziej niż myślał. Kłamstwa mnożyły się szybciej niż króliki, coraz bardziej nieprawdopodobne. Do czasu aż znudziły się obydwóm i dom wypełniał się tylko cierpkim zapachem brudnych naczyń.
Miłość jest dla odważnych. A czasem odwaga przejawia się nawet w strachu przed wężami. Odwaga nie wiążę się z brakiem przerażenia. Jest przeciwstawieniem się swoim słabością.
Dlaczego Bóg połączył cię z kobietą, która uwielbiała kopać dołki pod samą sobą?
- Dzwoniła do mnie.
- Po co?
- Żeby dowiedzieć się jak się czujesz.
- I?
- Powiedziałem, że ma się pierdolić.
Gdyby Leon jakimś cudem dostał skrzydeł, to byłaby tylko zasługa najlepszego przyjaciela.

Kłamstwa ostatnie:
- Kochasz go?
- Oczywiście.

- Bardziej niż mnie?
Potrafiła tylko skinąć głową.

- Przysięgniesz na swoją obrączkę, że nic, absolutnie nic, do mnie nie czujesz? Że nie brakuje ci, ani jednego pocałunku? Że nie drżysz już na mój dotyk? Że on całuję cię z większą namiętnością niż ja? Że absolutnie wcale nie pamiętasz jak to było, kiedy sama się na mnie rzucałaś? Że nie denerowałaś się, kiedy nie widziałaś mnie dłużej niż trzy godziny?
Jedna łza.
P r z e g r a ł a.

Leon starł ją delikatnie, wierzchem dłoni. Pocałował ją jak zwykle, najlepiej jak potrafił. Zapłakana wyczuła smak pożegnania. Nie chciała, żeby więcej oddalił się od niej choć na sekundę. Pragnęła go każdą komórką swojego rozdygotanego ciała. Chciała krzyczeć z pożądania, ale on wciąż skutecznie zajmował się jej ustani. Dotykał tylko ich, a ona chciała poczuć jego ręce na całym ciele, chciała znowu poczuć ogień, który Leon wskrzeszał z każdym pojedynczym muśnięciem. Żyć. Pragnęła życia. Z nim.
Chciała być jego na zawsze.
Verdas też tego chciał, pięć lat temu, kiedy stali razem przed ołtarzem. Przez chwile bał się, że anioł może zstąpić z nieba i porwać ją do błękitnego królestwa. Była taka piękna, taka czysta. Mówiła słowa przysięgi, z radością i tą cholerną pewnością w głosie. To zabijało go najbardziej. Pewność w kłamstwie.
Jak mogła z pełną świadomością i takim szczęściem, mordować jego serce? Robiła to przez wszystkie wspólne chwile; niszczyła mu życie i ściągała śmierć. Nie fizyczną, tą dużo gorszą - psychiczną. Powoli napełniała go nadzieją, że znalazł miłość swojego życia. Dawała mu nieprawdziwe szczęście.
Była wyciągnięta z obrazka laleczką. 

Jedyna prawda: 
- Leon, proszę. Ja... Ja cię potrzebuję.
- Miło, że w końcu zdałaś sobie z tego sprawę - wyszeptał jej do ciepłego ucha. Zrobił to dokładnie, jak w dniu zaręczyn. Musnął jej skroń, jak robił to każdego wieczoru. Lubiła jego czułość, ale teraz doprowadzała ją do obłędu. - Już wiesz, jak to jest kochać kogoś do szaleństwa? Czuć całym sobą jego obecność? - Głos był coraz bardziej szorstki. Zupełnie nie Leona. Syczał jak rozgniewany wąż. Słowa wydobywały się jakby z ognia. - Więc teraz cierp jak ja albo bardziej. - Patrzył w jej oczy, nic nie rozumiała. - Żyj sobie z nim, udawaj, że go kochasz i myśl o mnie do końca swoich dni. Kochaj mnie aż do usranej śmierci. Niech dobija cię myśl, że miłość twojego życia cię nienawidzi. Nie mogę się doczekać, kiedy za każdym razem, gdziekolwiek, próbując cię uszczęśliwić, zamiast wspaniałego Diego będziesz widzieć moją twarz. - Ledwo oderwał się od jej ciała, poprawił swoją skórzaną kurtkę i ostatni raz spojrzał na jej załamaną twarz.
Chciał się uśmiechnąć. Naprawdę chciał, pokazać jej swoją satysfakcje. Ale zamiast tego łzy napłynęły mu do oczu. Pierwszy raz widziała jak płakał. To było dla niej jeszcze gorsze - patrzenie na jego smutek. Ale kiedy uświadomiła sobie, że ona zrobiła mu identyczną albo nawet gorszą krzywdę... Osunęła się na ścianie i wpatrywała się w niego, z miłością, na jaką zasługiwał od początku.
- Kocham cię.
Uśmiechnął się, pomimo słonych kropel na jego policzkach. Po raz pierwszy powiedziała to najzupełniej szczerze.
 -Mam nadzieje, że pewnego dnia o mnie zapomnisz i będziesz szczęśliwy. Nikt nie zasługuje na to bardziej niż ty, Leon.
- Nie zapomnę. - Dołeczki w jego policzkach zniknęły, podniósł kask z ziemi i starając się być dzielnym, dużym mężczyzną, odwrócił się od szatańskiego anioła. 
Odszedł. I nie wrócił. Nigdy więcej, nigdzie.
Czekał aż pobiegnie za nim. Jeden jedyny raz zawalczy, jak on to robił od początku. Ale nawet dla szczęścia zabrakło jej odwagi.

Udawajmy, że żyję.
Nie zapomniał przez rok. Potem zaczął się wściekać i odsuwać od siebie wszystkich dookoła. Maxi przychodził co najmniej raz w tygodniu, zostawiając jakieś namiastki jedzenia, których i tak nie ruszał prawie nigdy.
Siedział na kanapie w domu i rozprostował nogi na drewnianym stoliku przed nim. W ręce trzymał szklankę ze złocistą tequilą. Pił zachłannie, prawie bez przerw. Po pijaku łatwiej było jej prawie nie kochać.
Dolewał alkoholu za każdym razem, kiedy na ekranie telewizora pojawił się ich pocałunek. Podczas oglądania filmu z ich ślubu na jego zmęczonej twarzy nie ani razu nie pojawił się chociaż cień uśmiechu. Gorycz wręcz wylewała mu się z uszu. Obrót, jeszcze i jeden. I znowu pocałunek. I ta radość w oczach wszystkich.
Bo prawdziwa  miłość zwyciężyła.
Dwa lata minęły, stały się wiecznością i on wciąż pamiętał o wyrazie jej twarzy, kiedy w końcu wypowiedziała te cholerne dwa słowa. I o dziwo, to wcale nie było takie złe wspomnienie.
Wieczność zlewa się ze sobą i wszystkie dni stają się poniedziałkami. Nie mijają, drążąc w nim nowe dziury.

I, że nie opuszczę cię aż do śmierci.

Nie była aniołem, tylko wcieleniem diabła.

Zawsze.

Może nawet jego córką.

Jesteśmy szczęśliwi. 

Nikt nie usłyszał błagalnego krzyku, który darł noc jakby była kawałkiem papieru, kiedy zanurzał się coraz dalej w ciemnej toni zamordowanych z zimną krwią nadziei.
Już nie w powietrzu, nie w czterech ścianach pokoju, nie na szmaragdowo zielonym trawniku, nie na dywanie, ani u przyjaciela. Woda wdzierała się w niego z mocą wodospadu.
Ostatnie tchnienie zapomniało o niej. Obyło się bez zażaleń, złości. Pozostał mu tylko martwy spokój i dręczące pytanie - czy kiedyś u bram piekła będzie śmiał się jak psychopata, widząc jej poharataną buzie?
Mimo wszystko, nawet głębokie poczucie sprawiedliwości (zamroczone wódką) zatrzasnęło się za drzwiami. I Leon wyobrażał sobie własny śmiech, kiedy zobaczy jej martwe oczy. A może to woda przedarła się przez powietrze i zgrzybiały od śmierci głos niósł w powietrze zakazane imię, już na nią czekając.

Bo już nawet śmierć nie była w stanie ich rozłączyć. 


8 komentarzy:

  1. Cześć – nie, na nic lepszego mnie nie stać. Wybacz, ale muszę zapytać: jak ty to robisz? Jak sprawiasz, że nie mam pojęcia, co napisać? Nawet fakt, że opowiadanie dotyczy Leonetty nie sprawił, że odechciało mi się czytać. Nie lubię ich w serialu, choć do Leona zaczynam się coraz bardziej przekonywać. Ale Violka, no… Wiadomo.
    Nie wiem, czy zrozumiałaś, (nie potrafię tłumaczyć) ale swoją powyższą wypowiedzią miałam na myśli to, że to, co napisałaś zmiotło mnie z nóg. Chyba pierwszy raz użyłam tego określenia.
    Postanowiłam sobie, że postaram się polubić postać Violetty. Twój OS mi nie pomógł. Haha, dzięki. Naprawdę bardzo szkoda mi Leona. Przecież to oczywiste, że on całym sercem kochał i zawsze będzie kochać tylko tą jedną osobę. A, i na dodatek zniszczyłaś mi Diego. Chlip. To tylko opowiadanie, Julka – nic prawdziwego. Dobra, już. Powracam do zachwytu: jesteś świetna, a twój styl pisania – perfekcyjny. Dlaczego musisz mieć tak wielki talent? Wszyscy mają, a ja? Piszę sobie pierwszy rozdział od… Bardzo dawna, a ile mam? Niecałe dwa fragmenty. A właśnie, muszę w końcu dokończyć „Diemiłę”. W sumie, nie zdziwiłabym się, gdybyś pominęła momenty, w których piszę o sobie. Jestem nudna, wiem.
    Czekam na kolejnego OS’a. ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze - pewnie, nie powiedziało się mi, że się ma nowego - tak cudownego pod każdym względem - bloga. Bo po co, prawda? Myślisz, że sama skapnę? Przeceniasz mnie. XD Moje aj kiu... przerabialiśmy już to. XD
    Po drugie - witaj cna niewiasto, Słoneczko Ty moje najukochańsze. <3

    Po trzecie: przybyłam, zobaczyłam i postanowiłam, że walnę jakąś długą litanię. I zaczęłam czytać. I wiesz co? Nie potrafię. Serio. Nic nie dam rady napisać. Ty wiesz, kochanie, eż ja dla Ciebie - wszystko. Ale tym razem musi Ci wystarczyć dwa zdania, mam nadzieję, że nie zawiodłam Cię tak bardzo. (Kolejny raz?)

    1. To jest przezajebiste.
    2. To jest absolutnie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy One Shot jaki czytałam. Biję brawa, mój Ty geniuszu.

    Wybacz, że aż taaak krótko, ale nie potrafię napisać nic więcej. Podziwiam Cię. I kocham najbardziej.
    Kłaniam się nisko zachwycona Twoim niekończącym się talentem, Tyśka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oh, God.
    Napisałam dłuuuuuuuuuuuuuuuugi, pełen epitetów i różnych innych dziwnych określeń komentarz, ale blogger jest (wybacz słownictwo) sukin*ynem, który ciągle tylko robi mi na złość -,- A żeby to pierwszy raz!!!
    No to teraz będzie troszkę gorzej. Przepraszam :'(
    To tak...
    Jestem porażka od początku do końca :'( Tak, przykra prawda. Taki potwór, co dzieci straszy w koszmarach. Jestem też jędzą i psycholką, bo tyle tu pięknych dzieł, a ja (o ile się nie mylę) żadnego nie skomentowałam! Możesz mnie zabić, pozwalam Ci, chlip :'( Wszystko nadrobię, może nawet dzisiaj, może nawet teraz. Chlip :'(
    Dzisiaj będzie dużo chlipania :'''''(
    Ten OS... Hmmm... Powiem tak: nie lubię Leonetty. Jak to zabrzmiało? Tragicznie. Tak właśnie myślałam. Może nie tyle nie lubię tej pary, co stała się ona oczywista. Po prostu... rutynowa. Przeczytałam tyle blogów i nasłuchałam się o Leonetcie, że teraz... Jest taką zwykłą parą, niczym przesłodkim czy przewspaniałym. Patrzę, o: zakochani; (kompletnie obojętni mi) zakochani.
    Myślę, że całą swoją wartość Leonetta zyskuje dzięki Leonowi. No bo nie uwierzę, że to zasługa Violki, za którą nie przepadam. I znowu: Nie tyle nie lubię, co jest mi ona obojętna. Ładna, utalentowana... Ale w tym wszystkim przeciętna. No więc moim zdaniem dużą rolę odgrywa tutaj Leon. I tragiczność innych wyborów, na przykład Tomas. Brrrrrrrrrrrr -,- Podsumowując: Leonetta jest kompletnie obojętną mi parą, którą jednak popieram.
    Zawiłe? Może troszeczkę :)
    Ale cóż... Trochę mi tutaj pozmieniałaś.
    Jak ty to robisz, że takim jednym os'em potrafisz zmienić cały mój pogląd na postaci? Nie jakoś drastycznie, ale zawsze jakoś wpływasz na moje nastawienie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Chciałam zapytać Ciebie, ale za pewne nie wiesz więcej ode mnie. Tak to już bywa, że talenty nie umieją takich rzeczy określić. Chlip :')
    Hmmm... Całe pięć lat małżeństwa, które było kłamstwem od początku do... połowy. Bo gdzieś tam po drodze Violetta poczuła coś do Leona, który kochał ją nad życie. Trochę za późno, szkoda. Swoją droga nie wiem, jak można, mając za męża t a k i e g o Leona, jeszcze go zdradzać. Dieguś też ma swój urok, nie wątpię w to, ale... To jest Leon. Leon, no -,- Leon. Leon.
    Chciałam napisać, że najbardziej podobała mi się końcówka, ale nie zrobię tego. Dlaczego? Bo wszystko tu jest tak absolutnie wspaniałe, że jakiekolwiek próby wybrania "najlepszego" fragmentu byłoby niemożliwe. Zresztą... Szkoda na to czasu. Bo będąc tu - znowu, czytając tą miniaturkę - milionowy raz, nadal nie potrafię tego zrobić. Widzisz? Piszesz zbyt idealnie.
    Myślę, że tym zakończę mój - pożal się Boże - komentarz. W końcu jeszcze trzy dzieła czekają!!!
    Ściskam mocnooo <3
    Ania

    PS.: Wiesz, chyba jednak trochę lubię Leonettę...

    OdpowiedzUsuń