Para: Luxi
Uwagi: Tym razem chowajcie się pod łóżkiem. Praszam dziewczyny, zawiodłam.
Gatunek: Romans, Dramat
Inne gwiazdy: Natalia, Leon, Marisol,
Poznał ją jesienią.
Czerwone liście, przypominały szmaragdy wplątując się w jej anielskie włosy, otulone promykami słońca. Miała na sobie płaszcz w jakieś zwierzęce wzory, których do tej pory on nie odróżnia. Szła pewnym krokiem modelki, po chodniku oznaczonym przez lata - mnóstwem płytkich dziur, wyszczerbień i nierówności. Kurtka w dziwne zwierzęce wzorki (gepardzie?) wyblakł przez kosmiczną ilość prań. Wiecznie go brudziła. A to usiadła na świeżo pomalowaną ławkę ( kto maluje je zimą?!); kot postanowił urządzić sobie z niego porodówkę; z kakao też spotykał się dość często. Miał historię ciekawszą od kariery Madonny. Plamy - te bardziej i mniej widoczne - rysowały jej przeszłość. Te drobne, komiczne sytuację, które czasem wyrywały jej serce ze śmiechu. Bezszelestne wspomnienia łaskoczą ją w środku, nie dając o sobie zapomnieć. Idzie dalej równym krokiem z niewymuszoną gracją.
Nie obraca się dookoła.
Nie widzi tego zaciekawionego spojrzenia.
Nie obraca się dookoła.
Nie widzi tego zaciekawionego spojrzenia.
Zimą wyglądała jak królowa śniegu.
Śnieżynki znikały w jej puchatej czapce w kształcie królika. Białe uszy z różowym futerkiem w środku odstawy trochę i chybotały się na boki z każdym powiewem zimnego wiatru. Nos zaczerwienił się od chłodu, policzki też dostały rumieńce. A ona dalej szła przez ledwo odśnieżone chodniki, co chwila znikając za górą śniegu.
Odważył się.
- Jak masz na imię?
- To zależy.
- Od czego? Temperatury otoczenia?
- Jak bardzo zależy ci, żeby je poznać. - Zmarszczyła brwi, dziwnie ubawiona jego zachowaniem.
Śnieżynki znikały w jej puchatej czapce w kształcie królika. Białe uszy z różowym futerkiem w środku odstawy trochę i chybotały się na boki z każdym powiewem zimnego wiatru. Nos zaczerwienił się od chłodu, policzki też dostały rumieńce. A ona dalej szła przez ledwo odśnieżone chodniki, co chwila znikając za górą śniegu.
Odważył się.
- Jak masz na imię?
- To zależy.
- Od czego? Temperatury otoczenia?
- Jak bardzo zależy ci, żeby je poznać. - Zmarszczyła brwi, dziwnie ubawiona jego zachowaniem.
Wiosną porwał ją na piknik.
Włosy jak korona rozłożyły się dookoła jej radosnej twarzy. Ze spokojem - tak dawno zabranym - jadła winogrona, leżąc na jego kolanach. On - niewyspany, zmęczony życiem i pracą, rozdrażniony - patrzył na tą dziewczyna z podziwem. Była piękna jak róża (biała) i ostra jak jej kolce. Potrafiła cudownie mówić, a jej śmiech był melodią skierowaną prosto do jego serca. W jej brązowych oczach dostrzegł trzepot motylich skrzydeł - tysiące niespełnionych marzeń, które nadal czaiły się w jej duszy. Niemalże słyszał odgłos połamanych ambicji Ludmiły, śmierć jej planów, płacz rozczarowania. Widział umierający zapał.
Ale przecież jest taka silna.
Mocna.
Niezniszczalna.
M o j a?
Włosy jak korona rozłożyły się dookoła jej radosnej twarzy. Ze spokojem - tak dawno zabranym - jadła winogrona, leżąc na jego kolanach. On - niewyspany, zmęczony życiem i pracą, rozdrażniony - patrzył na tą dziewczyna z podziwem. Była piękna jak róża (biała) i ostra jak jej kolce. Potrafiła cudownie mówić, a jej śmiech był melodią skierowaną prosto do jego serca. W jej brązowych oczach dostrzegł trzepot motylich skrzydeł - tysiące niespełnionych marzeń, które nadal czaiły się w jej duszy. Niemalże słyszał odgłos połamanych ambicji Ludmiły, śmierć jej planów, płacz rozczarowania. Widział umierający zapał.
Ale przecież jest taka silna.
Mocna.
Niezniszczalna.
M o j a?
Latem zaczął nazywać ją tygryskiem.
Wszystko przez obcisłą sukienkę. Przylegała tam gdzie przylegać powinna. Kończyła się w połowie ud. Do tego jej lubieżny uśmiech i... Maxi znalazł się gdzieś blisko nieba.
- Co tak właściwie jest na tej sukience? - spytał, kiedy leżała spokojnie obok niego. Maxi podparł się na prawej ręce. Wpatrywał się w delikatne rysy jej twarzy, zarumienione policzki, rozgardiasz na głowie i zgubił się w pewnym miejscu. Ona mogła mieć każdego. Prezesa, piłkarza, nauczyciela, rozwodnika... A leżał tutaj, obok niego, we własnej bańce. Szczęścia?
- To znaczy?
- Co to za wzór. Bo jak dla mnie to musi być tygrys. Taki prawdziwy drapieżny, prosto z dziczy. - Cmoknęła go przelotnie w usta.
- Myślę, że gepard. - Kolejny pocałunek - dłuższy.
- Jesteś pewna, tygrysie?
Uwielbiał odwiedzać zagłębienia jej ciała. Powoli, delikatnie, zapamiętując je na zawsze. Nie minęła chwila i dalej zatracali się w swojej bańce.
- Co tak właściwie jest na tej sukience? - spytał, kiedy leżała spokojnie obok niego. Maxi podparł się na prawej ręce. Wpatrywał się w delikatne rysy jej twarzy, zarumienione policzki, rozgardiasz na głowie i zgubił się w pewnym miejscu. Ona mogła mieć każdego. Prezesa, piłkarza, nauczyciela, rozwodnika... A leżał tutaj, obok niego, we własnej bańce. Szczęścia?
- To znaczy?
- Co to za wzór. Bo jak dla mnie to musi być tygrys. Taki prawdziwy drapieżny, prosto z dziczy. - Cmoknęła go przelotnie w usta.
- Myślę, że gepard. - Kolejny pocałunek - dłuższy.
- Jesteś pewna, tygrysie?
Uwielbiał odwiedzać zagłębienia jej ciała. Powoli, delikatnie, zapamiętując je na zawsze. Nie minęła chwila i dalej zatracali się w swojej bańce.
Jesienią kwitnęli razem.
- Wiesz, że to niedorzeczne? - Usilnie starała się nie patrzeć w jego oczy.
- Niby co? Fakt, że w szpilkach jesteś wyższa ode mnie? Yop, ja też nie jestem tym zachwycony. - Dalej szedł z promiennym uśmiechem na twarzy, trzymając jej kruchą dłoń. Był głupio z siebie zadowolony.
- Bądź poważny. Choć raz - jęknęła.
- Okej. Oczywiście, jak sobie tygrysek życzy - wybuchnęła śmiechem. Tym, od którego Ziemia może się zatrzymać, gwiazdy spać z nieba, a jego serce stanąć w miejscu. Kochał ten dźwięk.
- Nie, nie powiem ci tego, co zamierzałam.
- No halo, nie bądź taka. Mam ubrać czarną czapkę, żeby wyglądać na poważnego? - Dziś miał na sobie zieloną, jak wiosenna trawa. - Wyduś to z siebie Lu, bo inaczej nigdy nie dojdziemy do tego kina. Swoją drogą miło, że postanowiła na spacer ubrać się jak na spacer. Przynajmniej nogi ci nie odpadną.
- Nie powinnam się w tobie zakochać. - Wyrzuciła z siebie. - Mój chłopak powinien być wysokim blondynem z zielonymi oczami, patrzącymi na mnie z uwielbieniem. Powinien lubić sport i teatr. I... i... Boże. - Wzniosła oczy ku niebiosom, oczekując pomocy. Guzik, Lu. Sama wlazłaś w bagno, sama zorganizuj sobie ratunek. - A ty mnie rozśmieszasz. Cholera. Rozumiesz? Rozśmieszasz mnie.
- Czy w ten... idio... inetresujący sposób próbujesz ze mną zerwać? Zniszczyć moją samoocenę? Powygłupiać się? Jeżeli tak tygrysie, to wybacz, ale film i tak chcę pójść zobaczyć. - Z mamrotanych pod nosem słów zrozumiał tylko "dlaczego" , "on" i "po co".
- Próbuje powiedzieć, że cię kocham, okej?
- Okej. - uśmiechnął się. - Było tak od razu, tygrysie. Bo wiesz co?
- Co?
- Ja też cię kocham.
Zimą przechadzali się po każdej uliczce miasta.
- Ludmiła?
- Hmmm?
- Nic. Lubię kiedy robisz "hmmm". Fajne wtedy marszczysz nos. - Mruknęła na niego niezadowolona. Wyprzedziła go o dwa kroki, mijając kolejną restauracje. Jedną z tych, w których porcje na talerzu są wielkości monety, a cenny przeciw proporcjonalne do ich miesięcznych wynagrodzeń. Dogonił ją w ułamku sekundy, miała tendencje do uciekania. Chowania się przed wszechświatem. Dostrzegł to i gdziekolwiek nie chciałaby zniknąć, on zawsze był obok. Uczepił się jak rzep psiego ogona.
Złapał ją od tyłu i przyciągnął delikatnie do siebie. Zamknął ją w uścisku, żeby poczuła się bezpieczna, kochana i pocałował w czułe miejsce, tuż za uchem. Ujarzmianie jej uznał za swój życiowy cel. Dużo ważniejszy od nauki, marzeń, od planów. Przyjemniejszy od wylegiwania się na kanapie z gitarą na kolanach. W końcu razem ma gdzieś w swojej definicji wyrzeczenia.
- Znowu zaczniesz mnie kochać, jeżeli zabiorę cię na kawa z mlekiem? - Ludmiła nienawidziła czekolady, co uważał za jedną z jej wad. Podobnie jak obgryzanie paznokci, uzależnienie od płatków kukurydzianych, nienawiść do Beatlesów, obsesja na punkcie swojej szczoteczki elektrycznej. Listę mógłby tworzyć godzinami.
- I babeczkę jagodową?
- Za buziaka, nawet dwie.
- Ludmiła?
- Hmmm?
- Nic. Lubię kiedy robisz "hmmm". Fajne wtedy marszczysz nos. - Mruknęła na niego niezadowolona. Wyprzedziła go o dwa kroki, mijając kolejną restauracje. Jedną z tych, w których porcje na talerzu są wielkości monety, a cenny przeciw proporcjonalne do ich miesięcznych wynagrodzeń. Dogonił ją w ułamku sekundy, miała tendencje do uciekania. Chowania się przed wszechświatem. Dostrzegł to i gdziekolwiek nie chciałaby zniknąć, on zawsze był obok. Uczepił się jak rzep psiego ogona.
Złapał ją od tyłu i przyciągnął delikatnie do siebie. Zamknął ją w uścisku, żeby poczuła się bezpieczna, kochana i pocałował w czułe miejsce, tuż za uchem. Ujarzmianie jej uznał za swój życiowy cel. Dużo ważniejszy od nauki, marzeń, od planów. Przyjemniejszy od wylegiwania się na kanapie z gitarą na kolanach. W końcu razem ma gdzieś w swojej definicji wyrzeczenia.
- Znowu zaczniesz mnie kochać, jeżeli zabiorę cię na kawa z mlekiem? - Ludmiła nienawidziła czekolady, co uważał za jedną z jej wad. Podobnie jak obgryzanie paznokci, uzależnienie od płatków kukurydzianych, nienawiść do Beatlesów, obsesja na punkcie swojej szczoteczki elektrycznej. Listę mógłby tworzyć godzinami.
- I babeczkę jagodową?
- Za buziaka, nawet dwie.
Wiosną postanowili wziąć ślub.
- Nie denerwujesz się?
- Zamierzasz zostawić mnie przed ołtarzem?
- Nie? Skąd taki głupi pomysł?
- W takim razie, nie. Jestem spokojna.
Rzeczywiście. Przez cały wieczór jej twarz promieniowała radością. Wiele godzin, pełnych szczęścia, śmiechów, tańca, pocałunków, zmieniło się w piękne wspomnienie. Ona - w sukience białej, jak anielskie skrzydła. On - w garniturze ciemnym jak noc. Oni - jak dwie połówki serca, razem nadawali sens sobie nawzajem. Wspólne momenty napędzały ich zegar. Pocałunki rozgrzewały krew. Muśnięcia nagiej skóry, wywoływały dreszcze. Wymieszane oddechy, smakowały przyszłością. Słodkie obietnice, napełniały nadzieją. Dźwięk tysiąca rozmów był kojący.
Świadomość, że ona jest sprawdzą burzy uczuć, jaka się w nim kłębiła była osobliwie normalna. Jakby dwa zagubione elementy układanki, po przebyciu długiej drogi, nadal do siebie pasowały. Natomiast dziwnie czuł się wiedząc, że przez niego Ludmiła musi odnosić podobne wrażenie.
- Witam panią, pani Ponte.
- Widzę, że w końcu mój ukochany mąż się odnalazł.
- Jedyny, nie ukochany.
- Od kiedy to ma się wykluczać?
- Nienawidzę, kiedy masz racje.
- Kochanie, przykro mi to mówić... A właściwie. - Przechyliła głowę w prawą stronę. Jeden lok uwolnił się z jej włosów, opadając na nos. Przysunęła się do Maxiego o krok bliżej. Miał wrażenie, że cała sala opustoszała; że oni teraz wypełnianą powietrze. - Wcale, absolutnie wcale nie jest mi przykro. Podpisując akt małżeński, zawarłeś niepisaną umowę.
- Mam się bać? - Nie zważając na jej protesty, porwał ją na środek sali, dla niego pustej. I zaczął kołysać ją w rytm muzyki. Eva Cassidy, swoim głosem malowała ściany w okół nich.
- Po prostu przyzwyczaj się, że to ja zawsze będę mieć racje.
- Nie denerwujesz się?
- Zamierzasz zostawić mnie przed ołtarzem?
- Nie? Skąd taki głupi pomysł?
- W takim razie, nie. Jestem spokojna.
Rzeczywiście. Przez cały wieczór jej twarz promieniowała radością. Wiele godzin, pełnych szczęścia, śmiechów, tańca, pocałunków, zmieniło się w piękne wspomnienie. Ona - w sukience białej, jak anielskie skrzydła. On - w garniturze ciemnym jak noc. Oni - jak dwie połówki serca, razem nadawali sens sobie nawzajem. Wspólne momenty napędzały ich zegar. Pocałunki rozgrzewały krew. Muśnięcia nagiej skóry, wywoływały dreszcze. Wymieszane oddechy, smakowały przyszłością. Słodkie obietnice, napełniały nadzieją. Dźwięk tysiąca rozmów był kojący.
Świadomość, że ona jest sprawdzą burzy uczuć, jaka się w nim kłębiła była osobliwie normalna. Jakby dwa zagubione elementy układanki, po przebyciu długiej drogi, nadal do siebie pasowały. Natomiast dziwnie czuł się wiedząc, że przez niego Ludmiła musi odnosić podobne wrażenie.
- Witam panią, pani Ponte.
- Widzę, że w końcu mój ukochany mąż się odnalazł.
- Jedyny, nie ukochany.
- Od kiedy to ma się wykluczać?
- Nienawidzę, kiedy masz racje.
- Kochanie, przykro mi to mówić... A właściwie. - Przechyliła głowę w prawą stronę. Jeden lok uwolnił się z jej włosów, opadając na nos. Przysunęła się do Maxiego o krok bliżej. Miał wrażenie, że cała sala opustoszała; że oni teraz wypełnianą powietrze. - Wcale, absolutnie wcale nie jest mi przykro. Podpisując akt małżeński, zawarłeś niepisaną umowę.
- Mam się bać? - Nie zważając na jej protesty, porwał ją na środek sali, dla niego pustej. I zaczął kołysać ją w rytm muzyki. Eva Cassidy, swoim głosem malowała ściany w okół nich.
- Po prostu przyzwyczaj się, że to ja zawsze będę mieć racje.
Latem... Latem kochali się jakby świat kończył się jutro.
- Mama zaprosiła nas na obiad. - Zdenerwowany wyłączył telewizor. Mlasnął językiem i rzuciła czapkę na kanapę. Zrezygnowany, bo wiedział, że już przegrał nawet nie rozpoczynając bitwy, ruszył do kuchni. Tam gdzie jego tygrysek usiłował udawać, że potrafi gotować.
Ludzi dzielił na trzy kategorię. Pierwsza była zarezerwowana dla Ludmiły. Cały świat nie mógł konkurować z nią, zwłaszcza, kiedy była w nastroju do żartów, a w ręce trzymała miseczkę pełną truskawek. Jak wczoraj. Oczy zabłysnęły mu żywym ogniem, na wspomnienie minionej nocy.
Drugą - "ludzie, których da się znieść" - była najobszerniejsza. Z większością społeczeństwa nie miał żadnego problemu. Chyba, że za przykładem ich nowego sąsiada - Federico - ktoś podrywa jego żonę. Wtedy powinien trafić tam gdzie jego teściowa, w okolice piekła.
- A nie możesz powiedzieć, że jestem chory? I umieram z czterdziestostopniową gorączką? Proszę?
- Musimy im powiedzieć.
- Jak dla mnie to możemy przyjść do nich z gotowcem.
- Gotowcem? - oburzyła się. Rękę w pozornie frywolnym geście położyła na biodro, ale on wiedział swoje. Odrobinę przesadził. Znaczy nie przesadził, tylko ona się czepia.
Tak, to brzmi znacznie lepiej.
- Wejdziemy do nich z nosidełkiem i oznajmimy: to wasz wnuk. - Rozłożył ręce. - Czy to nie prostsze? Będę zbyt zszokowani, żeby zadawać pytania. A twój tata nawet się nie zorientuje, że w trakcie wesela musiałaś być w ciąży. Uratujesz mi życie, wiesz? - Zbliżał się do niej powoli. Cholera, nie miał pojęcia do czego hormony mogą ją zmusić. Pozwoliła mu się objąć i pocałować. Nie w stylu "lepiej niech dzieci nie patrzą", tylko słodko, powoli. Prawie prosząco. A właściwie nawet bardzo.
- Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób mam unikać ich przez tyle miesięcy?
- Ja to robię, odkąd cię poznałem. Zobacz jak świetnie na tym wychodzę.
Jesień była błoga.
Ludzi dzielił na trzy kategorię. Pierwsza była zarezerwowana dla Ludmiły. Cały świat nie mógł konkurować z nią, zwłaszcza, kiedy była w nastroju do żartów, a w ręce trzymała miseczkę pełną truskawek. Jak wczoraj. Oczy zabłysnęły mu żywym ogniem, na wspomnienie minionej nocy.
Drugą - "ludzie, których da się znieść" - była najobszerniejsza. Z większością społeczeństwa nie miał żadnego problemu. Chyba, że za przykładem ich nowego sąsiada - Federico - ktoś podrywa jego żonę. Wtedy powinien trafić tam gdzie jego teściowa, w okolice piekła.
- A nie możesz powiedzieć, że jestem chory? I umieram z czterdziestostopniową gorączką? Proszę?
- Musimy im powiedzieć.
- Jak dla mnie to możemy przyjść do nich z gotowcem.
- Gotowcem? - oburzyła się. Rękę w pozornie frywolnym geście położyła na biodro, ale on wiedział swoje. Odrobinę przesadził. Znaczy nie przesadził, tylko ona się czepia.
Tak, to brzmi znacznie lepiej.
- Wejdziemy do nich z nosidełkiem i oznajmimy: to wasz wnuk. - Rozłożył ręce. - Czy to nie prostsze? Będę zbyt zszokowani, żeby zadawać pytania. A twój tata nawet się nie zorientuje, że w trakcie wesela musiałaś być w ciąży. Uratujesz mi życie, wiesz? - Zbliżał się do niej powoli. Cholera, nie miał pojęcia do czego hormony mogą ją zmusić. Pozwoliła mu się objąć i pocałować. Nie w stylu "lepiej niech dzieci nie patrzą", tylko słodko, powoli. Prawie prosząco. A właściwie nawet bardzo.
- Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób mam unikać ich przez tyle miesięcy?
- Ja to robię, odkąd cię poznałem. Zobacz jak świetnie na tym wychodzę.
Jesień była błoga.
Kolorowe liście zgrzytały pod jej płaskimi butami za kostkę. Wiatr tańczył razem z martwymi koronami drzew, bez muzyki. Ptaki zaczęły milknąć, chowając się przed zimą. Ludzie zaczynali nucić Last Christmas, jakby ta piosenka miała jakiś większy związek ze świętami. Zaczynali stresować się zakupami, prezentami. Proces gubienia świątecznej magi ruszył z kopyta i znowu zaczął rozśmieszać Ludmiłe.
Przy końcu jesieni zawsze cieszyła się z tego kim i jaka jest. Doceniała, że Bóg postanowił obdarzyć ją urodą, długimi nogami i niebrzydkim głosem. Lubiła bycie człowiekiem. Doszła do wniosku, że ptaki nie były wrażliwe na piękno. Inaczej nigdy nie opuściłby cudownej Barcelony, kiedy śnieg maluje miasto od nowa, zmieniając je w nowe, zaczarowane miejsce.
Chciała ubrać płaszcz w panterkę - ten sam, kiedy Maxi zauważył ją po raz pierwszy. Ale środkowe guziki nie chciały się dopiąć. Przytyła, bardzo. Zwinęła, więc ciemnoczerwone okrycie, które jej mąż kupił, przewidując tak nieprzyjemną sytuacje. Był szczerze zafascynowany wszystkimi szczegółami, które zmieniały się wraz z nią.
- Twój tata się zdenerwuje, kiedy powiem mu, że musi przefarbować pokój na różowo. - Pogłaskała się po wystającym brzuchu, ubawiona reakcja Maxiego, który od kilku miesięcy oczekiwał syna.
Zimą obdarowała go najpiękniejszym prezentem na świecie.
- Maxi - wyszeptała. - Maximialiano! Obudź się! - Szarpnęła kołdrę, pod którą chował się w ciemnych odmętach nocy. - Cholera, Maxi! - Jęk przerodził się w cichą rozpacz.
- Tygrysie? Hej, co się dzieje? Znowu masz ochotę na wiśnie o trzeciej nad ranem? - Przetarł oczy i ziewnął przeciągle. - W takim razie przykro mi, jest czwarta i wszystko zjadłaś wczoraj.
- Jesteś najw... Aaaaa!
- Zaraz, zaraz. Dlaczego krzyczysz? - Żarówka zapaliła się nad jego pustą głową. - Rodzisz. O nie, nie, nie, nie, nie, nie. To za wcześnie, termin masz za tydzień...
- Uspokój się do cholery. I. Idź. Po. Samochód. - Wydusiła przez zaciśnięte zęby. - Idź, dzwoniłam już do szpitala, czekają na nas.
- Pomyśleć, że kiedyś chciałem mieć syna - westchnął, całując jej główkę skąpaną w krótkich czarnych włosach.
- Cóż, może kiedyś się doczekasz. - Ludmiła leżała wykończona na szpitalnym łóżku. Usilnie starała się nie zasnąć. Widok był zbyt piękny, żeby teraz po prosty zamknąć oczy. Maxi w pierwszych lepszych jeansach, wyciągniętych z szafy, w bordowym t-shirt'cie i porozpinanej koszuli, trzymał na rękach różowe zawiniątko z skarbem w środku. Skarbem cenniejszym od złota.
- Jak na razie ona wystarcza mi w zupełności, tygrysie. - Obdarzył ją czułym spojrzeniem. - Świetnie się spisałaś.
- Wiadomo, w końcu to moja siostra, Ponte. - Zachichotała Natalia, zza uchylonych drzwi. - Mogę zobaczyć moją śliczną siostrzenice?
- No nie wiem, Maxi pilnuje jej jak lew.
- Przecież nie mogę, nie pozwolić komuś na podziwianie takiej ślicznotki - podał maleństwo Naty. - Gdzie twój nieogarnięty narzeczony?
- Obecny. - Leon wyłonił się z korytarza, trzymając ogromnego pluszaka. - Jak się czuje bohaterka dnia dzisiejszego? - Usiadł na łóżku obok Ludmiły. On też cieszył się jak głupi do sera. Dzieci sprawiają niemożliwe. Spojrzał przelotnie na dziewczynkę. - Wygląda jak ty, nie licząc koloru włosów. Uf, martwiłem się, że odziedziczy wysokie czoło po Maxim.
Szczęście, pomyślała Ludmiła, tak wygląda szczęście.
Przy końcu jesieni zawsze cieszyła się z tego kim i jaka jest. Doceniała, że Bóg postanowił obdarzyć ją urodą, długimi nogami i niebrzydkim głosem. Lubiła bycie człowiekiem. Doszła do wniosku, że ptaki nie były wrażliwe na piękno. Inaczej nigdy nie opuściłby cudownej Barcelony, kiedy śnieg maluje miasto od nowa, zmieniając je w nowe, zaczarowane miejsce.
Chciała ubrać płaszcz w panterkę - ten sam, kiedy Maxi zauważył ją po raz pierwszy. Ale środkowe guziki nie chciały się dopiąć. Przytyła, bardzo. Zwinęła, więc ciemnoczerwone okrycie, które jej mąż kupił, przewidując tak nieprzyjemną sytuacje. Był szczerze zafascynowany wszystkimi szczegółami, które zmieniały się wraz z nią.
- Twój tata się zdenerwuje, kiedy powiem mu, że musi przefarbować pokój na różowo. - Pogłaskała się po wystającym brzuchu, ubawiona reakcja Maxiego, który od kilku miesięcy oczekiwał syna.
Zimą obdarowała go najpiękniejszym prezentem na świecie.
- Maxi - wyszeptała. - Maximialiano! Obudź się! - Szarpnęła kołdrę, pod którą chował się w ciemnych odmętach nocy. - Cholera, Maxi! - Jęk przerodził się w cichą rozpacz.
- Tygrysie? Hej, co się dzieje? Znowu masz ochotę na wiśnie o trzeciej nad ranem? - Przetarł oczy i ziewnął przeciągle. - W takim razie przykro mi, jest czwarta i wszystko zjadłaś wczoraj.
- Jesteś najw... Aaaaa!
- Zaraz, zaraz. Dlaczego krzyczysz? - Żarówka zapaliła się nad jego pustą głową. - Rodzisz. O nie, nie, nie, nie, nie, nie. To za wcześnie, termin masz za tydzień...
- Uspokój się do cholery. I. Idź. Po. Samochód. - Wydusiła przez zaciśnięte zęby. - Idź, dzwoniłam już do szpitala, czekają na nas.
- Pomyśleć, że kiedyś chciałem mieć syna - westchnął, całując jej główkę skąpaną w krótkich czarnych włosach.
- Cóż, może kiedyś się doczekasz. - Ludmiła leżała wykończona na szpitalnym łóżku. Usilnie starała się nie zasnąć. Widok był zbyt piękny, żeby teraz po prosty zamknąć oczy. Maxi w pierwszych lepszych jeansach, wyciągniętych z szafy, w bordowym t-shirt'cie i porozpinanej koszuli, trzymał na rękach różowe zawiniątko z skarbem w środku. Skarbem cenniejszym od złota.
- Jak na razie ona wystarcza mi w zupełności, tygrysie. - Obdarzył ją czułym spojrzeniem. - Świetnie się spisałaś.
- Wiadomo, w końcu to moja siostra, Ponte. - Zachichotała Natalia, zza uchylonych drzwi. - Mogę zobaczyć moją śliczną siostrzenice?
- No nie wiem, Maxi pilnuje jej jak lew.
- Przecież nie mogę, nie pozwolić komuś na podziwianie takiej ślicznotki - podał maleństwo Naty. - Gdzie twój nieogarnięty narzeczony?
- Obecny. - Leon wyłonił się z korytarza, trzymając ogromnego pluszaka. - Jak się czuje bohaterka dnia dzisiejszego? - Usiadł na łóżku obok Ludmiły. On też cieszył się jak głupi do sera. Dzieci sprawiają niemożliwe. Spojrzał przelotnie na dziewczynkę. - Wygląda jak ty, nie licząc koloru włosów. Uf, martwiłem się, że odziedziczy wysokie czoło po Maxim.
Szczęście, pomyślała Ludmiła, tak wygląda szczęście.
Wiosną byli razem.
Niemożliwe staje się możliwe w ciągu sekund. Decyzje nie są kwesta dni, tylko chwil. Podmuch wiatru przeważa szale. Wspomnienia zmieniają w jedną, bezkształtną masę, zlewając się ze sobą. Śmierć nie nadchodzi z hukiem. Skrada się w cieniu. Śmiech ginie powoli. Nadzieja traci na znaczeniu. Błysk w oczach wypala się, zostawiając czarne smugi. Świat się uwziął. Nieszczęście spłynęło na ich szybko jak wodospad, torujący sobie drogę gdzieś dalej.
Bańka pęka, żegnaj szczęście.
- Pamiętaj... Pamiętaj tylko, że zawsze będę obok ciebie.
- Nie żegnaj się ze mną. Jeszcze nie. Proszę. - Głos łamał się przez niewypłakane łzy, zabite możliwości, odebraną przyszłość.
Latem cierpiała.
- Zaopiekujesz się Marisol. Będziesz dobrym ojcem, a w jej oczach będziesz widzieć mnie. Dobrze? Natalia i Leon ci pomogą. Będą zaganiać cię do pracy i jeść z tobą truskawki. - Nie potrafił zebrać się na uśmiech. - Dalej będziesz chodził w tych głupich czapkach, ja po prostu będę patrzeć na ciebie z góry. I śmiać się z ciebie, kiedy będziesz wywalał się na prostej drodze i kiedy zaczniesz obżerać się czekoladą; z twojego męstwa, przy robieniu kanapek; rzępolenia na gitarze; nieudanych piosenek; krzyków w środku nocy; spalenia wody na herbatę; odśnieżenia podjazdu.
W jej oczach dalej tliły się piękne, niewypowiedziane słowa, a on trzymając ręce do modlitwy, błagał, krzyczał o cud. Prosił o czas, bo to czasu im brakowało. Chciał, żeby Ludmila zobaczyła jak maleńka Marisol zacznie gaworzyć i śmiać się razem z nimi. Tyle niezrealizowanych marzeń, umierało wraz z nią. Tyle planów. Chciał czasu, żeby zasmakować życia prawdziwej rodziny. Tylko czasu. Odrobinę. Troszeczkę.
B ł a g a m.
To wszystko miało się skończyć zbyt szybko.
Jesień skąpana była we łzach.
Nie chciał pamiętać jej poszarzałych oczu, bez iskierek. Jej wypłowiałych włosów, bez słońca. Jej bladej twarzy, bez uśmiechu. Łez ich wszystkich, bez nadziei.
Nadzieja umarła przed nią. I była ostatnią rzeczą, która połamała jego serce.
Cierpienia nie da się znieść, zapomnieć. Ono trwa i trwa, goni cię. Wprawia w wyrzuty sumienia, bo nie ma większej krzywdy niż bezradność wobec umierającego oddechu osoby, którą kochasz.
- Maxi... - Nie potrafiła zebrać słów. Jej siostra właśnie żegnała się z życiem. A ona? Nawet myśli nie umiały stworzyć jednego, jasnego zdania. Wszystko spowijała ciemność, którą ją zabierze. Zabierze i nie odda.
- Tylko mi nie mów, że będzie dobrze.
- Przecież nie będzie. Po co mam kłamać.
- Widziałaś Marisol? - Rozkleił się. Łzy po prostu zaczęły płynąć. Ale to nie miało znaczenia, nic nie miało. - Ona wygląda jak ona. Jest jej odbiciem i dam sobie urwać głowę, że będzie śmiała się identycznie. Ludmiła nie będzie mogła tego zobaczyć i nie będę mógł się rzucić jakimś nieśmiesznym żartem. I ona... Ja... Ja nie wiem, czy...
- Czy sobie poradzisz?
- Nie nadaje się na ojca, a co dopiero na matkę. Nie jestem nią. Nie jestem idealny, jak ona.
- Dużo brakuje jej do perfekcji - zapewniła.
- Miałaś nie kłamać.
- Prawda. Ale jeżeli w jakikolwiek sposób cię to pocieszy, to jestem ja i jest Leon.
- Jesteśmy straceni, Natalia. Straceni.
- Owszem. Bez niej nawet gwiazdy nie mają prawa świecić. Przynajmniej możemy być pewni, że Sol, będzie miała poczucie humoru.
- Doprowadzisz mnie do zawału.
Zimą pocałował ją po raz ostatni.
Smakowała sobą, solą i śmiercią. Ostatni pocałunek skończył ich bajkę, zamknął ich książkę. I odleciał na czarnych skrzydłach tam gdzie niespełnione marzenia, spotykają się ze sobą, krwawiąc nad niesprawiedliwymi łzami.Bańka pęka, żegnaj szczęście.
- Pamiętaj... Pamiętaj tylko, że zawsze będę obok ciebie.
- Nie żegnaj się ze mną. Jeszcze nie. Proszę. - Głos łamał się przez niewypłakane łzy, zabite możliwości, odebraną przyszłość.
Latem cierpiała.
- Zaopiekujesz się Marisol. Będziesz dobrym ojcem, a w jej oczach będziesz widzieć mnie. Dobrze? Natalia i Leon ci pomogą. Będą zaganiać cię do pracy i jeść z tobą truskawki. - Nie potrafił zebrać się na uśmiech. - Dalej będziesz chodził w tych głupich czapkach, ja po prostu będę patrzeć na ciebie z góry. I śmiać się z ciebie, kiedy będziesz wywalał się na prostej drodze i kiedy zaczniesz obżerać się czekoladą; z twojego męstwa, przy robieniu kanapek; rzępolenia na gitarze; nieudanych piosenek; krzyków w środku nocy; spalenia wody na herbatę; odśnieżenia podjazdu.
W jej oczach dalej tliły się piękne, niewypowiedziane słowa, a on trzymając ręce do modlitwy, błagał, krzyczał o cud. Prosił o czas, bo to czasu im brakowało. Chciał, żeby Ludmila zobaczyła jak maleńka Marisol zacznie gaworzyć i śmiać się razem z nimi. Tyle niezrealizowanych marzeń, umierało wraz z nią. Tyle planów. Chciał czasu, żeby zasmakować życia prawdziwej rodziny. Tylko czasu. Odrobinę. Troszeczkę.
B ł a g a m.
To wszystko miało się skończyć zbyt szybko.
Jesień skąpana była we łzach.
Nie chciał pamiętać jej poszarzałych oczu, bez iskierek. Jej wypłowiałych włosów, bez słońca. Jej bladej twarzy, bez uśmiechu. Łez ich wszystkich, bez nadziei.
Nadzieja umarła przed nią. I była ostatnią rzeczą, która połamała jego serce.
Cierpienia nie da się znieść, zapomnieć. Ono trwa i trwa, goni cię. Wprawia w wyrzuty sumienia, bo nie ma większej krzywdy niż bezradność wobec umierającego oddechu osoby, którą kochasz.
- Maxi... - Nie potrafiła zebrać słów. Jej siostra właśnie żegnała się z życiem. A ona? Nawet myśli nie umiały stworzyć jednego, jasnego zdania. Wszystko spowijała ciemność, którą ją zabierze. Zabierze i nie odda.
- Tylko mi nie mów, że będzie dobrze.
- Przecież nie będzie. Po co mam kłamać.
- Widziałaś Marisol? - Rozkleił się. Łzy po prostu zaczęły płynąć. Ale to nie miało znaczenia, nic nie miało. - Ona wygląda jak ona. Jest jej odbiciem i dam sobie urwać głowę, że będzie śmiała się identycznie. Ludmiła nie będzie mogła tego zobaczyć i nie będę mógł się rzucić jakimś nieśmiesznym żartem. I ona... Ja... Ja nie wiem, czy...
- Czy sobie poradzisz?
- Nie nadaje się na ojca, a co dopiero na matkę. Nie jestem nią. Nie jestem idealny, jak ona.
- Dużo brakuje jej do perfekcji - zapewniła.
- Miałaś nie kłamać.
- Prawda. Ale jeżeli w jakikolwiek sposób cię to pocieszy, to jestem ja i jest Leon.
- Jesteśmy straceni, Natalia. Straceni.
- Owszem. Bez niej nawet gwiazdy nie mają prawa świecić. Przynajmniej możemy być pewni, że Sol, będzie miała poczucie humoru.
- Doprowadzisz mnie do zawału.
Zimą pocałował ją po raz ostatni.
- Zawsze będę cię kochał, tygrysie.
- Ja chciałam to powiedzieć.
- Tato? Nikt nie potrafi mówić tak pięknie o mamie jak ty. - Jeden uśmiech przed snem. Tylko dla niej - szczery.
- Wiem Sol. Tego akurat jestem pewny.

Ja wrócę.♥
OdpowiedzUsuńOgólnie, to jestem okropna, bo OS dedykowany częściowo mi, a ja co. Tak więc, przepraszam Soph.
UsuńLuxi. Ja ich bardzo lubię. I to już od pierwszego sezonu. Zauważyłaś, że jak są jakieś ćwiczenia w parach w Studio, to oni praktycznie zawsze są razem. To przeznaczenie!
Haha. Tak, więc, ja całym sercem uwielbiam Naxi. Bo są tacy iwhdbbdjwj. <3
Ale lubię też inne połączenia z nimi. Naderico, Dienaty. I oczywiście Lety. Moje słoneczka. :>
A Maxi? Pasuje i do Violki, i Fran i oczywiście do Lu!
Ten OS jest magiczny. Na pewno przeczytam go jeszcze kilka razy przed kolejną publikacją. Urzekł mnie sam tytuł. Pory roku. Niby coś banalnego, ale jednak tak pięknego. To jak się poznali i w ogóle. No i ten tygrysek. Awwww. <33
Cudowne.
Całuję.
Cathy
💟
OdpowiedzUsuńPrzestałam płakać? Przestałam. Okej, to teraz mogę napisać twórczy komentarz (nie będzie piękny, ja jestem od psucia ludziom ekranów, więc...).
OdpowiedzUsuńGeneralnie nigdy jakoś nie umiałam czytać o Maxim z dziewczyną inną niż Naty. Sama Natalka - okej, ona do każdego pasuje, ma branie dziewczyna, niech się cieszy. Ale Maxi to inna para kaloszy, japonek, tęczowych szortów, co tam chcesz.
A tutaj złamałaś mój piękny schemat. Chlip. Jeszcze się wzruszyłam. Ech, znowu dom łzami zaleję. A chusteczek nie ma, będę ocierać oczy kołdrą. Taką fioletową, zaleciało Violką.
Tak pięknie przedstawiłaś ich miłość. Prawdziwie, całkiem realnie, bez kiczu - no miód, malina. Nie sposób się w nich nie zakochać. Tygryski. <3 ^^
Jakoś z tym życiem tak jest, że lubi mącić w pięknych i dobrych rzeczach. Ale śmierć nie jest tak naprawdę przeszkodą dla miłości, bo ona nadal trwa - między Niebem a Ziemią, ale JEST. Cholernie mi smutno, że akurat na nich spadła czara nieszczęścia, że tak ciężko teraz funkcjonować.
Serio, u mnie teraz jest tsunami, nie każ mi więcej płakać. W sumie możesz, ja lubię się wzruszać - ale prześlij mi chusteczki, to zrobię to z większą klasą.
Boże, jakie to było śliczne. Mdleję. Wody.
Chyba dam Ci mój adres, to mi trochę talentu prześlesz. Bo ja to się marnie prezentuje, sama widzisz, łzy, Bojczuk, tęcza... Szmutne to barco.
Idę przeczytać to jeszcze raz. Once again, Bufon najlepszy jak zawsze. <3
Aha, i ta ich córeczka - jejku *.* Kiedyś pozna Lu. Nie taką z opowieści Maxiego, chociaż dał jej już wyraźny obraz matki - tej żywej, roześmianej, w lamparcim płaszczyku. Tej, którą kochał najbardziej na świecie. No kto by nie chciał takiej miłości? <3
Chylę czoła, kocham i podziwiam.
Ogólnie to płakanie przeze mnie? ;o Szok. Znaczy przez Luxi, ale okej.
UsuńNatalka ma taki duży wybór, żeby udowadniać wszystkim, że można się zakochać w takich japonkach.
Odsuń się lepiej od fioletów, jeszcze Cię dopadnie taki blond na głowie albo Tomas w deszczu. Osobiście byłabym lekko przerażona.
Mrau ^^
Chusteczki przyślę przez mojego jednorożca albo latającego kota - nie wiem, który ruszy tyłek. Woda też leci.
<3
Wreszcie znalazłam wolną chwilkę. Cóż, jestem czwarta, ale tak naprawdę to pierwsza, tak? No pewnie.
OdpowiedzUsuńPokochałam tę historię od samego początku. Czułam to nawet tedy, gdy nie była jeszcze opublikowana, od chwili, w której zaakceptowałaś naszą propozycję. I jest jeszcze lepiej, niż myślałam. Uwielbiam Naxi, normalnie kocham, ale do Luxi i Lety również mnie ciągnie. Pięknie to wszystko napisałaś. Nie jestem w stanie napisać tego, co czuję, a to dziwne. Dobra, jednak nie. To u mnie jest częste. No, ale to nie moja wina, że wszyscy dookoła tak fenomenalnie piszą. OK - koniec użalania się, wróćmy - tygrysku ♥ Jak ładnie. *.* Zazwyczaj nie wstawiam do tekstu emotikon, ale musiałam zrobić wyjątek. Już wczoraj ci pisałam, że jestem załamana zakończeniem, pamiętasz? Nadal ubolewam nad śmiercią Lu. Potrafisz wzruszyć człowieka. Nie wiem, jak wy wszyscy to robicie - ja nie potrafiłabym kogoś "zabić", nawet pisząc. Potem miałabym zapewne depresję. Podziwiam tę umiejętność. A pisałam już, że urzekła mnie ich córeczka? Nie wiem, czemu. Zbyt wiele to jej nie było, ale... Nie wiedziałam co dopisać. Jesteś świetna, wspaniała. Czekam na kolejnego OS'a.
Mogłam zaklepać Ci miejsca. Uh. Wybacz. :>
UsuńGdyby nie Wasza propozycja to Luxi pewnie pojawiłoby się trochę później, może nawet bardzo, więc cieszę się, że z nią wyszłyście.
Moja siostrzyczka twierdzi, że ja morduje wszystkich, wszędzie. Opowiadam jej urywki moich blogów i tak jakoś zawsze wychodzi, że ktoś nie żyje/będzie nie żyć (tak nie po polsku trochę).
Ściskam. <3
Właściwie, to jestem tu chyba pierwszy raz. I tak właściwie, to chyba się nie znamy, chociaż kojarzę Cię z aska. Lubię wpadać na ciekawe blogi. :)
OdpowiedzUsuńOsobiście polubiłam Luxi i bardzo się cieszę, że o nich napisałaś. Lubię takie nietypowe pary, przełamanie schematu Naxi/Fedemiła. To coś nowego i jestem jak najbardziej 'za' ;)
Jejku, dziewczyno, serio masz ogromny talent. Popłakałam się przy końcówce. Czemu wszystko, co dobre, kończy się tak nagle i niespodziewanie? Czemu Ci, których kochamy, tak szybko odchodzą? Świat jest pełen przeciwności, ech, chyba już tak musi być. Historia Ludmiły i Maxiego, jest wzruszająca. Taka prawdziwa, czysta miłość od samego początku, aż po śmierć. To takie romantyczne, a zarazem i smutne. Nie wiem, mam mieszane uczucia i już chyba sama nie wiem, co gadam. -.-
Sposób, w jaki Maxi traktował Lu...pozazdrościć. Była dla niego niczym królowa, pierwsza dama. Chłopak serio był w niej zakochany, to takie urocze. Ten "tygrysek", to już takie fjefjnioewonfwwn, rozpływam się normalnie *.*
I jeszcze Lety w tle. Nie jestem ich wielką fanką, ale całkiem fajna z nich parka. Doceń to, że ich skomplementowałam, jestem zagorzałą fanką Lemi :D
Ogólnie, długość Shota bardzo mi zaimponowała. No ludzie, wszyscy piszą dłużej ode mnie. Aby ja taka ciapa, co nie potrafi dojść do tysiąca i poprawnie skleić zdania, buu ;( Oddaj mi troszkę talentu, Tobie się nic nie stanie, bo masz tego sporą ilość.
Pewnie masz już mnie dość, nie martw się, ja siebie również, nie wiem, jak ja ze sobą wytrzymuję.
Jeszcze raz, super dzieło. Czekam na kolejnego OS'a i życzę weny ;* :)
A więc witam w moich skromnych progach. :D
UsuńCieszę się, że również gustujesz w nietypowych połączeniach. ^^
Wszyscy się rozpływają na "tygryska" - to mi się udało. Trzeba przyznać. xD
Doceniam. <3 Zwłaszcza, że to moi ulubieńcy. ^^
To się tylko tak wydaje. XD To wcale nie jest takie długie. :P
Dziękuję. <3
Moje. ^^
OdpowiedzUsuńJak to jest, że uwielbiam Lu z Fede i Maxiego z Naty, a ty piszesz sobie takie cudeńko (znowu), i ja nagle kocham Maxiego i Lu? <3 Według mnie Naty pasuje do prawie każdego, bo jest taka piękna i w ogóle, ale Maxi, boziu, on z tymi swoimi czapeczkami i innymi dziwactwami, pasuje tylko i wyłącznie do uroczej Natki. Ale teraz widzę, jak doskonale dopełniałby się również z Lu. Przeciwieństwa się przyciągają, w sumie. Kurczę, Sophie. To nie jest w porządku. Zmieniasz mój światopogląd! A tak na serio, to popłakałam się gdzieś tak w połowie i uznałam, że muszę iść po chusteczki, po czym wróciłam do czytania, popłakałam jeszcze trochę, a na koniec się uśmiechnęłam, bo znowu miałam okazję przeczytać coś pięknego w twoim wykonaniu. Dziękuję Ci <3 Ach, no i Leon rozbawił mnie do łez w tej scenie, kiedy powiedział o wysokim czole Maxiego :D A tak w ogóle, Natka i Leosiek? Nietypowe pary to twoja specjalność, Sophie <3 Myślę, że nawet gdybyś napisała o Gregorio i Violetcie, to bym to uwielbiała. Musiałabym sobie wyobrazić, że Gregorio jest młody i ma włosy,ale co tam. Na zakończenie tego jakże interesującego komentarza chciałabym ci powiedzieć, że z niecierpliwością czekam na Twoje kolejne cudeńko. Płakałam i śmiałam się podczas czytania tego. A właśnie to jest najważniejsze w pisaniu - żeby budzić w czytelniku uczucia. Ty to potrafisz. Jesteś w tym cholernie dobra. Kocham Cię i twój styl pisania.
OdpowiedzUsuńCałusy,
Maddy
Ach, zapomniałabym o tygrysku. Tak mnie rozczuliłaś tym określeniem <3
UsuńPrzed chwilą skomentowałam "Niemiłość".
OdpowiedzUsuńNie wiem dlaczego idę od trzeciego w tył, pomijając przy tym najnowszy os, ale jestem dziwnym człowiekiem i z natury trudno mnie zrozumieć. Co nie co już o tym wiesz, prawda?
Zacznę od tego, że już nie raz przymierzałam się skomentowania, już nawet miałam kilka pierwszych zdań, ale zawsze je usuwałam. Dlaczego? Diabli wiedzą. Albo Bufon, zapytajmy go. Moja czapka ma oczy, może one coś wiedzą? W końcu Maxi nosi podobne, nie?
To tak... Wiesz, że Luxi mi nie leży? Kolejna para -,- Co jest ze mną nie tak? Nie wiem, no... Po prostu tej Ludmiłki nie lubię, ale zawsze bardziej niż Violettę. Chociaż... Obie są na tym samym miejscu. Na tym, gdzieś tam, określonym mianem OBOJĘTNOŚĆ. Ale Lu przynajmniej rozum ma... Dobra, do rzeczy.
Tutaj jest Maxiątko! Kocham Maxiego tak bardzo, jak kocham Twoje os'y. No i rozdziały. I Ciebie, pfffff -,-
Moje serduszko takie duże dzisiaj...
Nie wiem, co mam napisać. W sumie dosyć często mi się to zdarza, ale ten układ mi nie leży, ok? Nie lubię tak -,- Próbujesz wykrzesać z siebie cokolwiek, a tu tylko bezsensowne słowa, które nijak nie pasują do sytuacji. Szkoda gadać. Ale obiecałam. A obietnice już coś znaczą. Na pewno więcej niż moje nędzne próby komentarza.
Dobra, do rzeczy!
Zacznę od wątków bardziej przyjemnych. Mam niejakie podejrzenia, że kochasz Natalkę może nawet tak samo jak ja. Też staram się ją wszędzie zmieścić, co rzecz jasna mi nie wychodzi, a przynajmniej nie tak fajnie jak Tobie. Lety <3 Tylko tyle mogę o nich napisać, naprawdę brakuje mi słów. A powinno być ich pełno! Trudno, takie życie nędznych ludzików -,-
Z rzeczy mniej wesołych? Śmierć Ludmiły, która troszkę mnie zaskoczyła. Nie sądziłam, że uśmiercisz "tygryska". Chlip :'(
Najbardziej wzruszyły mnie dwa zdanka na samiutkim koniuszku. O ile udawało mi się powstrzymać łzy przez cały czas, o tyle na tych właśnie dwóch zdankach rozkleiłam się zupełnie. I wiesz co? Dalej płaczę. Chociaż przeczytałam to już trzeci raz... A może czwarty... Nigdy za dużo, co nie?
Tutaj skończę. Może dlatego, że zaraz blogger znowu się będzie czepiać, a może dlatego, że naprawdę brakuje mi słów (tych dobrych oczywiście - wspaniale, cudownie, perfekcyjnie, doskonale, pięknie, magicznie, wzruszająco... Eh -,- Nędzna próba -,-).
Całusy :*
Ania
PS.: Wiesz, nie koniecznie przepadam za Lu głównie przez Fedemiłę. Za dużo o nich blogów, a Fede bardziej pasowałby mi do ***** No, tajemnica :3
PS2.: Może polubię Luxi? TO PRZEZ CIEBIE! Chlip :')))